Znów o wilku i nie tylko.
Z uporem godnym innej sprawy co jakiś czas na łamach GB wracam do
tematu cyklicznie wywołującego spory i gorące dyskusje - kwestii
bieszczadzkiego wilka.
Rok w rok wielu hodowców z „winy” tego drapieżnika ponosi duże,
niejednokrotnie nieodwracalne straty. Trzeba całkowitego braku
wyobraźni, żeby nie rozumieć rolnika, który stracił najlepszą sztukę,
nie raz stanowiącą owoc jego wieloletniej pracy hodowlanej.
Czasem nie chodzi już o straty materialne, ale o zmarnowanie owoców
wieloletniej pracy, o czas, którego odtworzyć się już nie da. To
wszystko jest jak najbardziej zrozumiałe, ale jest i druga strona
medalu.
Stan środowiska naturalnego, sposób w jaki jest ono na bieżąco
kształtowane, nasz codzienny wpływ na jego stan. Także wielość
decydentów na co dzień odpowiedzialnych za środowisko i ich sprzeczne
interesy, które każdy z nich próbuje niejako „na siłę” realizować.
Każdy, nie tylko bieszczadzki ekosystem, stanowi nierozerwalną całość,
która jeśli ma funkcjonować dobrze, musi być zarządzana spójnie i
najlepiej przez jednego decydenta.
W naszych bieszczadzkich warunkach mamy ich niestety dwóch, czyli o
jednego za dużo. Lasy Państwowe i Park Narodowy. Interesy tych
organizacji często są sprzeczne, bowiem L.P. są firmą działającą na
zasadach rynkowych, mającą do zrealizowania określone cele gospodarcze,
a Park to instytucja mająca do realizacji zupełnie inne cele statutowe.
Na tej sprzeczności interesów cierpi cały ekosystem, czyli także i my,
mieszkańcy Bieszczadów, bo czy tego chcemy czy nie, my także stanowimy
jego - i to najbardziej dynamiczną cząstkę.
Dziwne podejście.
Śledząc w prasie lokalnej bieżące doniesienia na temat naszej przyrody
ożywionej ma się wrażenie, że są to doniesienia z frontu walki z
nieprzyjacielem. „Wilki atakują!”, „Atak bobrów!”, a nawet „Wrony i
kawki w ataku na pola”.
Zawartość tekstowa tych artykułów jest również z grubsza taka sama.
Świat przyrody jest w nich przeciwstawiany światu ludzi, co więcej,
złowroga moc tego świata na co dzień zagraża ludzkiej egzystencji:
„...wrony i kawki wyjadły całe zasiane zboże. Z czego będziemy teraz
żyć?”.
Podejście takie w zasadzie nie powinno dziwić, jest bowiem dowodem
wśród piszących na elementarny brak wiedzy na temat otaczającego nas
środowiska. Można oczywiście spokojnie wszystko wytłumaczyć fatalnym
systemem edukacyjnym i przysłowiowym już nieuctwem i gonieniem gdzie
tylko się da za sensacją ze strony dziennikarzy - ale rozwiązania
problemu niezrozumienia tego, dlaczego wokół nas dzieje się tak, a nie
inaczej, nie posuwa to do przodu ani o krok.
O ile jeszcze powyższy stosunek do środowiska naturalnego ze strony
„profanów” z biedą, ale jakoś tam w końcu wytłumaczyć się da, o tyle
takie samo podejście specjalistów od przyrody winno budzić protest.
Żeby nie szukać daleko. Ostatniego lata w Tatrzańskim Parku Narodowym
dały o sobie znać niedźwiedzie, zakłócając swym pojawieniem się
beztroskie, niby w niedzielę po parku miejskim, łażenie po Parku
Narodowym gdzie się da tabunów turystów.
Podniósł się raban na całą Polskę, a dyrektor TPN w odpowiedzi na
społeczną potrzebę powołał, że zacytuję dosłownie „...specjalną osobę
na stanowisko niedźwiedziologa...” koniec cytatu.
A ja głupi do tej pory myślałem, że lata temu powołano TPN specjalnie
po to, żeby chronić środowisko w którym niedźwiedzie brunatne żyją, ale
również i po to, aby badać zachowanie się tych zwierząt (i nie tylko
ich) i ich relacje ze światem ludzi, aby oba te światy mogły ze sobą w
miarę bezkolizyjnie koegzystować. A tu okazuje się, że TPN powołano
głównie w celu sprzedaży biletów wstępu do Parku i handryczenia się z
okolicznymi góralami. Tyż piknie - jak mawiają na Podhalu.
I trzeba aż lamentu w ogólnopolskich mediach, żeby Tatrzańska Dyrekcja
przypomniała sobie jakim interesem kieruje i zaczęła robić coś, co w
szerokim świecie robi się już od dziesiątków lat., a mianowicie między
innymi badania zachowania zwierząt żyjących w parku narodowym, ich
zwyczajów i relacji człowiek - zwierzę, aby gdzie się da unikać kolizji
wzajemnych interesów. W przypadku niedźwiedzi wystarczy poinformować
turystów, żeby nie zabierali ze sobą na szlaki jedzenia i słodkich
napojów, a także usunąć ze szlaków kosze na śmieci i regularnie
sprzątać okolice szlaków z wszelkich jedzeniowych odpadków.
Na początek tylko tyle, ale powinno pomóc radykalnie.
Spyta ktoś, co to wszystko ma wspólnego z nami? Ano ma i to bardzo
wiele. Na szczęście nie mamy jeszcze sytuacji jak w Tatrach, ale
wziąwszy pod uwagę rosnące natężenie ruchu turystycznego w Bieszczadach
podobne zdarzenia są tylko kwestią czasu.
Mamy za to własną specjalność - wilki i sporo z nimi kłopotu. I tu
zaznacza się dziwne do tego tematu w naszych bieszczadzkich warunkach
podejście.
Bieszczadzki problem - wilki
Naszym problemem są wilki i straty, jakie te zwierzęta powodują wśród
hodowanych przez ludzi zwierząt gospodarskich.. Ostatnio, wskutek
nalegań Wojewody Podkarpackiego Minister Ochrony Środowiska wydał
zezwolenie na odstrzał jednej sztuki, która podobno wyspecjalizowała
się w polowaniu na zwierzęta domowe.
Najprzytomniej ze wszystkich zachowali się myśliwi, którzy zapytali,
skąd akurat wiadomo będzie, że to ten, a nie inny wilk kłusuje po
polach i łąkach.
Ze strony zaś Bieszczadzkiego Parku Narodowego głuche milczenie nie
tylko w tej sprawie jedyną było reakcją. Nawet specjalnego stanowiska
„wilkologa” jak dotąd nie utworzono, a to spory błąd, bowiem poza
ustawieniem nowych budek w których sprzedaje się bilety wstępu do
Parku, byłby to drugi wyraźny znak jakiegokolwiek wymiernego działania
nowego dyrektora tej szacownej skądinąd placówki.
Ale jak można w ogóle mówić o racjonalnym podejściu do wilczego
problemu, skoro dotychczas dokładnie chyba nawet nie wiadomo ile tych
wilków tak naprawdę w BdPN jest, bo na serio nikt się tym nie zajmuje.
Krąży za to w Bieszczadach i ich okolicach wiele na temat wilczy mitów,
na zwalczeniu których nikomu tak naprawdę nie zależy.
Odnoszę wrażenie, że poza nielicznymi przypadkami, wilkami w Polsce
zajmują się amatorzy, a fachowców temat mało wzrusza. Nawet w
Białowieży w Zakładzie Dużych Ssaków jakby ostatnio trochę pospali.
Ponieważ z wilczego problemu doktoratu nie posiadam, przeto aby nie być
odsądzonym od czci i wiary przez lokalnych bieszczadzkich mędrców
posłużę się opiniami fachowców w tej materii i to na dodatek fachowców
polskich.
Ciekaw jestem, czy wywołam jakiekolwiek echo ze strony tych, którym
budżet Państwa płaci między innymi i za to, aby robili to czego jakoś
nie robią licząc, że w naszym odległym od świata zakątku spokojnie
doczekają zasłużonej emerytury.
Inne spojrzenie na wilczy problem.
Hen daleko od bieszczadzkich połonin przez bagna i mokradła płynie
leniwa rzeka Noteć. Nad jej brzegami zachowało się coś, co miejscowi
nieco na wyrost nazywają Puszczą Notecką. W tejże puszczy od roku 1974
działa sobie w Stobnicy Stacja Doświadczalna Katedry Zoologii A.R. w
Poznaniu. A w tejże katedrze prowadzą między innymi badania nad
wilkiem, jakże różne, od innych, między innymi bieszczadzkich dokonań.
Żyjące tam wilki trzymane są w ogromnych wolierach. Nie są to osobniki
dzikie. Te, które do Stobnicy trafiły pochodzą już to z ogrodów
zoologicznych, już to zostały odebrane ludziom, którzy wybrali z
gniazda młode szczenięta. Jeden okaz pochodzi z Puszczy Białowieskiej.
Został odebrany kłusownikom, którzy go złapali i trzymali na postrach.
Badania nad wilkami prowadzi się w Stobnicy od 1996 roku.
Ciekawe są doświadczenia, jakie z tych badań płyną. Są one diametralnie
różne od tych, które u nas, w Bieszczadach stanowią tak zwane prawdy
obiegowe.
Otóż zdaniem badającego te drapieżniki profesora Bereszyńskiego wilki
nie lubią mięsa kóz, owiec i strusi. Zjadają je tylko wtedy, kiedy
brakuje im innego pożywienia i są naprawdę głodne. Zdecydowanie wola
mięso wołowe i dziczyznę.
Piszę o tym z obawą, ale chętnie zjadają także takie wilcze przysmaki
jak kaczany kukurydzy, marchew, jabłka i buraki. Jak powiedziałem,
pisze to z obawą, mogę bowiem zupełnie nieopatrznie spowodować kolejną
falę mrożących krew w żyłach prasowych informacji w stylu: „wilki
spustoszyły pola kukurydzy”, „brak marchwi - wilkom nie wystarczają już
owce” i tym podobne.
Czemu o tym piszę? Jest bowiem w Polsce ośrodek naukowy, który prowadzi
badania nad wilczą populacją w sposób nieco inny od tego, jaki znajduje
uznanie w kierownictwie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. To do nich
nad Noteć, a nie do nas przyjeżdżają kręcić filmy z National
Geograpihic (Stebnica nie skompromitowała się przed światem, jak
Białowieski Park Narodowy), tam kręcą filmy krajowi i zagraniczni
reżyserzy, to tam płyną pieniądze i tam ludzie mają zysk z tego, że
obok nich żyją wilki.
Może warto by zasugerować naszej Szanownej Dyrekcji BdPN, żeby więcej
energii włożyła w rzetelną codzienną pracę, a mniej w urządzanie
okolicznościowych fet w socjalistycznym stylu, fet, które potem opisuje
Przyroda Polska, a które to fety po prawdzie są potrzebne tylko
dopieszczanym za państwowe pieniądze lokalnym małym prominentom, a BdPN
jako instytucji są potrzebne jak przysłowiowa dziura w moście.
A co u nas?
Po staremu. Więcej energii wkłada się w uzyskanie zezwolenia na
odstrzał zwierzęcia prawem chronionego niż na jego badania i
uświadamianie hodowców. Pisałem kiedyś, ze na początek można by wznowić
i rozprowadzić w bieszczadzkich gminach stosowną książeczkę prof.
Simony Kossak o minimalizacji start wśród zwierząt gospodarskich na
terenach zamieszkałych przez wilki. Pisałem i na pisaniu się skończyło,
bo lokalne władze (na przykład w Lutowiskach) co innego mają na głowie.
Pasjonującym byłoby także poznać na temat wilczego problemu w
Bieszczadach zdanie naszych miejscowych, uważających się za
kompetentne w tej materii osób. Może przy okazji dowiemy się
czegoś ciekawego, co rzuci naukowy świat na kolana?
Swoją droga interesującym byłoby także poznanie wreszcie danych
informujących o rzeczywistej ilości żyjących w Bieszczadach wilków,
rysi, ale także i dużych przeżuwaczy i zwierzyny płowej. Może w końcu
zostałoby rozproszonych kilka mitów, a my poznalibyśmy stan naszego
ekosystemu.
Może w końcu okazałoby się, że ten warczący na ukrytego we własnym
maluchu rolnika potwór to nie wilk, ale duży zdziczały pies, albo
krzyżówka psa z wilkiem? Może by się okazało (albo i nie), że w naszych
lasach trudno spotkać jelenia czy sarnę, że dziki są rzadkością, bo
bieszczadzkie lasy są na wylot przestrzelane, gdyż kasa kusi RDLP w
Krośnie bardziej niż dobro tego całego tak zwanego środowiska
naturalnego? I może wreszcie porozmawialibyśmy rzetelnie o pojemności
bieszczadzkich lasów, czyli o tym ile wilków może się wyżywić bez
wyrządzania szkód w gospodarstwach hodowców. Może w końcu zaczniemy na
ten temat rozmawiać, bo jak dalej tak pójdzie, to jedynymi rysiami,
jakie będzie można spotkać w Bieszczadach będą te, które tak ładnie
wyrzezano w drewnie na tablicach oznajmiających przejazd obwodnicą
przez tereny BdPN.
No i oczywiście mnóstwo rysi na firmowych znaczkach i pieczątkach
Parku. Te rysie mnożą się niezwykle łatwo i bez jakichkolwiek problemów.
I może w końcu rozpocznie się u nas szkolenie hodowców owiec i bydła,
szkolenie w ramach którego podpowie się ludziom co mają robić, aby
straty w ich inwentarzu były jak najmniejsze. Są doświadczenia polskie,
są i zagraniczne (hiszpańskie i izraelskie), trzeba mieć tylko ochotę
aby do nich sięgnąć. A wtedy kolejny artykuł w Przyrodzie Polskiej może
będzie bardziej sensowny, bo opisane w nim zostaną rzeczywiste, nie
biurokratyczne osiągnięcia.
|